Posłowie do książki "Wczesne Dzieje Polan"
Wyszukiwarka
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Download
Linki
Kategorie Newsów
Kontakt
Galeria
Szukaj
lekcja piąta- uzupełniona
Lekcja siódma
lekcja ósma
recenzja
czwarta lekcja
dziesiąta lekcja uzupełniona
Historia w zbliżeniu
Nota krytyczna

Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 1
Najnowszy Użytkownik: jacekbs

dziesiąta lekcja uzupełniona
JACEK BRUNON SIWIŃSKI
dziesiąta lekcja uzupełniona

      Oburza mnie kiedy ktoś, kto na wstępie przyznaje, że żadnej wiedzy o tym nie ma – pisze o „Polsce” już w związku z wydarzeniami z lat : 963 – 967. Zdarzają się nawet tacy, którzy potrafią przedstawić „Polskę” na tle relacji z „Niemcami”. Nie będę pytał o „Niemcy”, mimo że w X stuleciu wciąż był to obszar nieuporządkowanej i zróżnicowanej etnicznie ludności. O jakiej „Polsce”? Gdzie znajdowało się jej polityczne centrum? Z czego poczęła się jej militarna siła? Jacy ludzie ją tworzyli? Kiedy i skąd się pojawili? Pomijając Mieszka, który bez wątpliwości objawił się na terenie Niemiec już w związku z wydarzeniami z 963 roku, to pierwsza wzmianka, przy wszystkich zastrzeżeniach, którą można łączyć z imieniem Polski, pojawiła się dopiero w 1000 roku. Przy czym dodajmy – nazwa zwiastująca przyszłą Polskę – tyczyła się wyłącznie imienia ludzi, którym przewodził potomek Mieszka. Nie można mówić o Rzymianach zanim powstała ich nazwa, ani o Grekach przed pojawieniem się ich imienia. Trudno jednak mieć za złe tym wszystkim, którzy świadomi swej ograniczonej wiedzy, w nadmiarze posługują się wyobraźnią. Są wśród nich tacy, dla których pierwsze wzmianki o Piastach, a także ta z 1000 roku, imiennie wskazująca plemię, którego nazwa na zawsze złączyła się z imieniem Polski – nie była zapowiedzią narodzin przyszłego państwa, ale dowodem na jego istnienie. Przywództwo w nim Bolesława Chrobrego nie było dla nich pierwszą instytucją ( monarchią ) rodzącej się organizacji, ale dowodem na jej funkcjonowanie, a być może świadectwem egzystencji w pełni już uformowanego narodu. Piszą więc nie tylko o państwie polskim, ale też o „Polakach”. Godzą się na takie pojmowanie historii i na taką o niej ahistoryczną naukę: z mroku dziejów wyłania się Polska i naród w pełni ukształtowanej i skończonej postaci, a potem, jeśli nie z państwem, to z narodem, jest już tylko coraz gorzej. W rezultacie nikt nie wątpi, że wydarzenia z 967 roku były walką „Niemców” z „Polakami” ani w to, że Wichman atakował każdego, kto sprzyjał cesarzowi. W tym przypadku Mieszka i jego Licicaviców. Nie zwracamy uwagi na to, że w latach: 963 – 967 organizacja Mieszka i Licicaviców skromną skalą założenia i znaczeniem, porównywalna była co najwyżej do państwa Wagrów pod przywództwem Selibura, czy też Obodrzyców pod Mistawem (Dzieje Sasów Widukinda, przekł. G.K. Walkowski).
      Nie potrafimy jednak odnieść się do świadomości Lachów, w której owszem, pamięć o Mieszku, a nawet o jego protoplastach się przechowała, ale o Licicavicach i Wichmanie żaden ślad się nie zachował. W jaki sposób Lachta mogła włączyć się w początkowe wydarzenia tyczące się Piastów skoro nikt o niej nie wspominał? Dlaczego w Kijowie dostrzeżono jej obecność dopiero w otoczeniu Bolesława Chrobrego? Czy bez przywództwa Piastów ogół nadwiślańskich Lachów mógł się odciąć od wpływu Pragi i Kijowa?
      Pozostając w zgodzie z materiałem źródłowym można stwierdzić, że w latach 963 – 967 był już Mieszko i funkcjonowało jego skromne państwo. Nic jednak nie wskazywało na obecność w nim nadwiślańskiej (sz)Lachty. Czy bez (p)Alaków była to już Polska?
      Swoją drogą dobrze byłoby wiedzieć, kogo rodzimi historycy i powieściopisarze wśród X – wiecznej ludności wyróżniają jako „Niemców”: słowiańską ludność, która zasiedlała wschodnie terytoria aż po dzisiejszy Hamburg?, czy celtyckich mieszkańców między Łabą a Renem, skoro w starożytności nazwa Germanów odnosiła się do tej ludności, która tak jak Galowie, Helweci i Brytowie wywodziła się ze wspólnego kręgu kultury lateńskiej. Ludność ta posługiwała się zróżnicowaną mową, ale na tyle podobną, że mogła porozumiewać się bez pośrednictwa tłumaczy. Z konieczności nazwa „Niemców” mogła odnosić się tylko do cienkiej warstwy łupieżczych przybyszów. Tych, którzy w średniowieczu poszukiwali środków do życia kosztem obcej sobie ludności. Tyczyła się Alemanów, Bawarów, wschodnich Franków i Sasów. Dopiero ten składnik ludnościowy posługiwał się mową zbliżoną do mowy mieszkańców Skandynawii. Tylko oni byli Germanami w całkiem nowym, bo współczesnym rozumieniu.
      W eliminowaniu błędów i nieporozumień nie może zabraknąć cierpliwości i zamiłowania do systematycznej pracy. Nie jestem w tym bez winy, bo nie poświęciłem należytej uwagi na wyjaśnienie różnicy między używaniem starożytnych nazw do zupełnie odmiennych, bo średniowiecznych treści, w których, dla przykładu Niemcy oznaczają Czechów imieniem celtyckich Bojów, a germańskich Alemanów mianem Szwabów, mimo że jest to niewątpliwe nawiązanie do imienia starożytnych, celtyckich Swebów.
      Uprzednie, okresowe grabieże Hunów i Awarów, mimo że niezmiernie dokuczliwe i niszczycielskie, nie wywoływały trwałych zmian etnicznych. W przeciwieństwie do pobytu germańskiej gromady, która w średniowieczu pojawiła się na obszarze Niemiec i już go nie opuściła, przekształcając grabież miejscowej ludności w unormowaną, a więc do pewnego stopnia przewidywalną eksploatację. Niemal natychmiast w środowisku łupieżców pojawiły się hierarchiczne i terytorialne struktury. Były odpowiednikiem wzorowanym na wykształconej, współistniejącej na tym samym obszarze, organizacji kościelnej, mimo że oba systemy, zarówno świecki, jak religijny kierowały się całkowicie odmiennymi celami i motywacją. Chrześcijańska wiara nie ułatwiała łupieżcom wykonywania ich codziennych zadań. Natomiast organizacja kościelna była dla nich ustrojowym wzorcem i dodajmy – jedynym, z którego korzystali.
      Nie wspomniałem, że Germanie, a zwłaszcza Sasi, nie ograniczyli się do gospodarczego wykorzystywania zawłaszczonej i podporządkowanej sobie ludności. Interesowały ich też korzyści, które z grabieży pozyskiwały sąsiednie, nawet całkowicie obce im ugrupowania. Nieoczekiwane możliwości stworzyło im pokonanie Węgrów w 955 roku. Po tym sukcesie, za przykładem zachodnich Franków, wznowili tytularne nazewnictwo, które miało wskazywać, kto komu podlegał i komu płacił trybuty i haracze. Naturalnie najzaszczytniejszy tytuł cesarza przypadł animatorom tego przedsięwzięcia.
      Nie reagowałem na praktykę przesłaniania rzeczywistości przez elementy ceremonialne i ozdobne, gdy w istocie pozycję germańskich królów i cesarzy najpełniej wyrażało współczesne pojęcie capo di tutti capi. Bez tego pojęcia nie można było dostrzec różnicy między cesarzami bizantyjskimi, którzy płacili haracze łupieżczym ugrupowaniom, a przywódcami Sasów, którzy je wymuszali. Nie wspomniałem nawet nauki, której Henryk II udzielił Czechom, kiedy dotarły do niego wieści o bogatych łupach zagrabionych w 1038 r w Wielkopolsce. Jakby ten przypadek był ekscesem, odosobnionym wybrykiem germańskiego przywódcy, a nie normą tego czasu. Cesarz zażądał wtedy od Brzetysława wydania całego srebra. Jak zaznaczył Kosmas, do ostatniego obola. Nie pomogło przypominanie, że i bez tego, zgodnie z prawem, które ustanowili jego poprzednicy, płacą mu sto dwadzieścia wołów i pięćset grzywien, na które corocznie składało się sto tysięcy czeskich monet. Argumentacja ta nie wywołała żadnego skutku. Prawo – wyjaśnił im cesarz - ma nos z wosku, a król ma żelazną rękę i długą, aby go mógł naginać, gdzie mu się podoba ( Kosmasa Kronika Czechów, przekł. M. Wojciechowska).
      Czesi dobrowolnie łupu nie oddali. Początkowo zbrojnie i z sukcesem się przeciwstawili. Jednak już w kolejnym roku tylko się przyglądali, jak hordy cesarskich wojowników bezkarnie grabiły ludność podległego im kraju. Ostatecznie, za cenę spokoju, wznowili płacenie corocznego haraczu. Na dobry początek, za karę, czy z uwagi na zaległość, uiścili go w trzyletniej wysokości.
      Nie wyraziłem dotąd nieznośnie narzucającej się oceny, że okoliczności towarzyszące powstaniu Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego nie dają podstaw do świadomego używania tej nazwy. To samo tyczy się pojęcia Rzeszy niemieckiej. Pomijając „świętość”, która a contrario zdawała się wskazywać, że inne nacje były mniej święte, a może nawet zupełnie nie święte, to nazwa wywołuje złudne przeświadczenie, iż odnosiła się do ogółu mieszkańców. Podczas gdy obejmowała tylko germańską gromadę, a przy tym nieliczną, nawet jeśli uwzględnimy w jej składzie Lotaryngów i zachodnich Franków z terenów dzisiejszej Francji, a także Longobardów z północnych Włoch. Miarą ich liczebności mogła być okoliczność, że do decydującej bitwy z Węgrami przystąpiła niespełna siedmiotysięczna rzesza germańskich wojowników. Cała reszta mieszkańców Niemiec nie mieściła się w ich plemiennych nazwach, a co ważniejsze, pozbawiona była praw, które przysługiwały Sasom, Bawarom czy Alemanom. Żadna, nawet najwspanialsza nazwa, dowolnie rozumiana, nie odmieni faktu, że w X stuleciu ludność Niemiec, ani etnicznym pochodzeniem, ani wspólną kulturą, ani nawet mową, nie składała się na naród we współczesnym rozumieniu.
      Nie nalegałem na zrozumienie dawnych relacji etnicznych i nie zwalczałem teorii, które utrudniały ich pojmowanie, jak dla przykładu rozpowszechnioną w nauce teorię „wypierania” jednych nacji przez inne. Teoria oparta jest na powierzchownych, zewnętrznych zmianach, takich jak recepcja odmiennej mowy, a nawet kolejnej nazwy odnoszącej się do tej samej grupy etnicznej. Poza tym jest nielogiczna. Jeśli nastąpiło „wyparcie” jednej ludności przez inną, to należałoby wskazać, gdzie dotychczasowi mieszkańcy się przemieścili, gdzie zostali „wyparci”. Tymczasem w średniowieczu nic takiego nie miało miejsca. Ilościowo nieliczne, mobilne ugrupowania łupieżcze nie tylko nie wypędzały rdzennej ludności, ale po jej wstępnej pacyfikacji, z narażeniem zdrowia i życia, nagarniały ją na obszar, który traktowały jako swoją ostoję. Sukces teorii wypierania w części był skutkiem braku rozeznania co do fizycznego przemieszczania się ludności, w części wynikał z motywów nacjonalistycznych, zwłaszcza wśród tych badaczy, którzy wbrew faktom poszukiwali wspólnego wszystkim narodowego pnia. Przede wszystkim był jednak rezultatem braku stosownych narzędzi poznawczych, braku zróżnicowanego zestawu hipotez heurystycznych, które by ujęły zachodzące zmiany w zrozumiałych i budzących najmniej wątpliwości kategoriach wiedzy.


Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

Copyright © 2006
Powered by PHP-Fusion © 2003-2006Aero 2 by: Itanium57446 Unikalnych wizyt

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl