Posłowie do książki "Wczesne Dzieje Polan"
Wyszukiwarka
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Download
Linki
Kategorie Newsów
Kontakt
Galeria
Szukaj
lekcja piąta- uzupełniona
Lekcja siódma
lekcja ósma
recenzja
czwarta lekcja
dziesiąta lekcja uzupełniona
Historia w zbliżeniu
Nota krytyczna

Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 1
Najnowszy Użytkownik: jacekbs

recenzja
Jacek Brunon Siwiński
recenzja

      W zeszłym roku, w trakcie przelotnego, przypadkowego spotkania, Przemysław Urbańczyk zalecił mi przeczytanie swojej ostatniej książki – „Mieszka Pierwszego Tajemniczego”. Być może byłbym o tym zapomniał, gdyby nie szczególna okoliczność tego spotkania. Propozycja była dla mnie nowością, jako że od czasu ośmiu lat poprzedzających publikację „Wczesnych Dziejów Polan”, kiedy to zmagałem się z zagadnieniem i towarzyszącą mu literaturą, nie dotarło do mnie nic, co by mnie zelektryzowało albo choćby zwróciło moją uwagę. W tym przypadku byłem jednak ciekaw, na ile ten inteligentny i wszechstronnie oczytany historyk zdołał zbliżyć się do dawnej rzeczywistości.
      Nie ukrywam, że lektura mnie rozczarowała. Opracowanie, jak wiele innych o podobnej tematyce, zawierało głównie wyobrażenia i spekulacje innych historyków, w tym także zachodnio i północnoeuropejskich, a niemal nic z tego, co by wskazywało na zrozumienie przeszłości. Zakładam, że nie był to skutek braku talentu lub zaangażowania autora. Urbańczyk pisze dużo i z przyjemnością. Prawdopodobnie na komputerze. Nie przepadał tylko za ścisłą, tematyczną redakcją. Niemniej w przejrzysty sposób ujawnił wszystkie braki i niedostatki piśmiennictwa historycznego ostatniego dwudziestolecia. Znał całą literaturę i wszystkie źródła, do której się ona odnosiła. Jednak rozważania swoje zamknął w zaklętym kręgu współczesnej dogmatyki historycznej i w żadnej tezie, w żadnej wypowiedzi nie próbował wyrwać się z jej ograniczeń. W przypadku tego autora jest to, być może, skutek jego kompleksu wobec innych historyków, jako że ma rozległą wiedzę i wielokierunkowe zainteresowania. Mógł się więc obawiać, że nie będzie dla nich wiarygodny. Mógł się domyślać, że tylko kierunkowe studia są gwarancją trwałej indoktrynacji i braku wszechstronnego wykształcenia, a sytuację swoją rozumiał w ten sposób, że jako człowiek z zewnątrz powinien się do nich dostosować.
      Urbańczyk jest więc inny, ale jego starania, by się nie wyróżniać spowodowały, że nie wniósł do przeszłości żadnego światła i nie przybliżył tytułowej postaci. Chcę uspokoić krytyków. Jego praca niczego nie zmienia i nie obala. Nawet do własnej – oderwanej od całokształtu – hipotezy, że Mieszko mógł mieć rodowód wielkomorawski, która wywołała zrozumiałe poruszenie, w końcowym fragmencie książki wykazał taki dystans, że niemal za to przepraszał.
      Okres, którym się zajmował, był o tyle wyjątkowy, że najobficiej oświetlały go teksty, towarzyszące opisywanym wydarzeniom. Kontrastował obfitością z ubóstwem tych, które tyczyły się późniejszych Piastów, w tym Mieszka II, Kazimierza Odnowiciela, Bolesława Śmiałego czy Władysława Hermana. Urbańczyk nie przestrzegał zasady, że większa lub mniejsza ilość przekazów nie była skutkiem przypadku i zarówno ich ilość jak i zawartość, była adekwatna do intensywności zmian jakie się dokonywały. Kolejne XI stulecie to monotonia łupieżczych wypraw, których początek opisał Thietmar w odniesieniu do Bolesława Chrobrego, a końcowy okres w wykonaniu Bolesława Krzywoustego Gall w swojej kronice. Mimo niezwykłego bogactwa źródeł tyczących się Mieszka I, które niemal w całości autor wymienia, już na wstępie wiele stron poświęcił utyskiwaniu na niedostatek dostępnych źródeł, inteligentnie otwierając tym samym drogę do prezentowania zjawisk, które nigdy się nie wydarzyły. Jakby zdawał sobie sprawę, że źródła to jedno, a literatura naukowa, która się do nich odnosi, to coś zupełnie innego i tak też to się przedstawia w jego książce. Dawne przekazy bez potrzeby i w nadmiarze poniewierają się w jego wywodzie, jak zbędne sprzęty w całkowicie już umeblowanym mieszkaniu.
      Dokuczliwa obecność dawnych przekazów, które zaśmiecają wyobraźnię historyków ujawniła się z całą ostrością w zderzeniu z dogmatem, że Mieszko objął państwo już w pełni zorganizowane, z terytorialną administracją, w tym także, co Urbańczyk wielokrotnie podkreślał – celną i podatkową, a więc z całkowitym instytucjonalnym oprzyrządowaniem i oczywiście z drużyną, która strzegła jego granic. Jakby tego było mało, Mieszko objął zwierzchnictwo nad ukształtowanym już narodem, któremu jedynie brakowało nazwy. Uzupełnił to jego syn Bolesław Chrobry obdarzając państwo i nienazwany dotąd naród imieniem Polonii. I nie jest to żaden skrót recenzenta, tylko tak to wprost stoi w jego wywodzie. Zrozumiałe, że w takiej sytuacji nie pozostaje nic dla historyka, jak tylko zająć się strategicznymi spekulacjami tytułowego przywódcy, wytyczaniem handlowych szlaków, miejsc, gdzie się krzyżowały, postępem chrystianizacji, dyplomacją i gatunkiem korony, która mu przysługiwała. Niekoniecznie było to odbicie procesów myślowych Mieszka, a raczej tych, które miałby historyk, gdyby znalazł się na jego miejscu. Nawiasem mówiąc autor wykorzystał całą swoją wiedzę wykształconego humanisty i w rozważaniach swych zastosował zarówno XIX wieczne pojęcie organizacji wiecowej, jak i XVIII wieczną koncepcję umowy społecznej, co spowodowało, że uczoność jego pracy nie podlega żadnej dyskusji.
      W bezliku źródeł, które prezentuje, zaznaczając udział Mieszka w każdej saskiej wyprawie, w każdym hoftagu, zabrakło wniosków najbardziej oczywistych. Takich, które świadczyły o, początkowo, niezwykłym splątaniu piastowskiego przywódcy z Sasami i ich cesarzem.
      Na dobitkę autor, wbrew wymowie źródeł, usiłuje uzasadnić wnioski zupełnie przeciwne. Wzmiankę Thietmra, że w 963 roku Geron podporządkował cesarzowi Łużyce i Słupian, urwał w pół zdania, żeby nie ujawnić, iż prócz Łużyc i Słupian Geron w 963 roku podporządkował cesarzowi także Mieszka i jego ludzi. Zabrakło też refleksji nad całkowitym brakiem wzmianek wskazujących na związek Mieszka aż po 990 rok z ziemią położoną na wschód od dorzecza Odry.
      Wątpliwości co do rozumienia minionych czasów są jednak znacznie poważniejsze niż samo przemilczanie faktów – w tym także prawosławia pod eufemizmem odstępstwa metodiańskiego – a tyczą się głównie zdolności autora do korzystania ze źródeł zgodnie z ich wymową, bez oglądania się na to, co o tym myślą inni. W próbie opisania terytorium państwa pierwszego z Piastów nie brał pod uwagę dynamiki zdarzeń, która mogła wywrócić takie wyobrażenia nawet w trakcie jednego pokolenia. Przede wszystkim jednak nie zdawał sobie sprawy, że władztwo w tym czasie w niewielkim stopniu odnosiło się do terytorium, a w pierwszej kolejności było powiązane z przywództwem nad dominującą na danym obszarze grupą etniczną. Terytorium było zjawiskiem wtórnym do wypadków losowych tej grupy i mogło się zmieniać nie tylko wraz z jej przemieszczaniem się ale także wraz z podziałem lub łączeniem się poszczególnych jej frakcji.
      Te fragmenty opracowań, gdzie naukowcy porzucają dokuczliwe fakty i oddają się przyjemności fantazjowania, poprzedzają zazwyczaj ostrzeżeniem – „zapewne”. Urbańczyk też z niego korzysta, ale w kilkudziesięciu przypadkach „podejrzewa”. Nie świadczy to o jakiejś jego szczególnej podejrzliwości w odniesieniu do przeszłości, ale sygnalizuje, że od tego momentu zostawia na boku niemiły bagaż minionych czasów i ogranicza się do własnych wyobrażeń. Niekiedy jednak brak stosownych źródeł irytował go do tego stopnia, że zaznaczał, że to lub tamto wydarzyło się „na pewno” i niemal ręczył za to własnym honorem.
      Wyobrażając sobie terytorialną, celną i podatkową administrację, a nawet aparat kontroli administracyjnej, o czym też nie zapomniał, jest jasne, że każdy historyk od tego by zaczął. Organizując państwo w pierwszej kolejności by zadbał o jego trwałe podwaliny podczas, gdy źródła, przez roztargnienie lub niefrasobliwość dziejopisów, nie ujawniły takiego instytucjonalnego wsparcia. Na dodatek proces wyłaniania się wyspecjalizowanych funkcji był żmudny i długotrwały. Rzecz jasna nie chodziło o ludzi ani o materialne środki, ale o to wszystko, co trzeba byłoby wiedzieć przy wykonywaniu powtarzających się zadań, a więc o zespół pojęć, zasad i norm według których te funkcje należałoby wykonywać. Jest to proces tak rozciągnięty w czasie, że jeszcze w XII-wiecznej kronice Galla, oprócz plemiennego przywódcy występuje tylko funkcja wojewody, jako jego zastępcy (comes palatinus) i komorników. Obie te instytucje uległy zresztą głębokim przekształceniom po 1138 roku, kiedy zmiany były tak radykalne, że należałoby nazwać je rewolucją.
      Jeśli uczeni mają takie pojęcie o państwie i nie potrafią się z nim rozstać, to powinni rozważyć, czy wszystkie te twory, o których piszą, a które nie spełniały ich wyśrubowanych kryteriów państwa, nie należałoby określić jako organizacje przedpaństwowe bądź protopaństwowe. Różnica jest tylko terminologiczna, a zaoszczędzi naukowcom udręki rozczarowań i bezowocnych poszukiwań. Jedyną bowiem zorganizowaną strukturą, na której mógł się oprzeć X-wieczny przywódca, była struktura etniczna, a więc plemienna, rodowa, szczepowa czy jakkolwiek jeszcze inaczej ją nazwiemy. Oznaczało to ścisłe przestrzeganie obowiązującego w takim środowisku systemu wartości, a więc dążeń, celów, zasad, obyczajów i tradycji, inaczej mówiąc – jego ideologii. Wbrew temu, co przypuszcza Urbańczyk nie były to bynajmniej wartości chrześcijańskie, a siła i znaczenie każdego przywódcy zależały nie od berła czy korony, a od tego na ile trafnie potrafił je odczytać i realizować w praktyce.
      Państwa wczesnośredniowieczne nie spełniały nawet kryterium terytorialności. W obszarze państwa Sasów, w ich przestrzeni międzygrodowej, aż do XII stulecia odradzały się organizacje plemienne miejscowych Słowian (Helmold). Nie spełniało tego wymogu kijowskie państwo, skoro na cały jego obszar – z wyłączeniem grodów i terenów pod uprawami rolniczymi, zazdrośnie strzeżonych przez Rusów – nakładały się identyczne roszczenia terytorialne całkowicie od nich niezależnych Kozarów, Połowców i Pieczyngów. Tylko brak konfliktów był gwarancją, że Ruś nie pogubi smerdów (Nestor). Co najmniej do 955 roku nie byli powiązani z określonym terytorium Węgrzy, gdy grasując w zwartych formacjach po terenach dzisiejszej Słowacji, Węgier, Włoch, Niemiec i Francji zabierali z sobą w taborach swoje rodziny.
      Wprawdzie w państwie Sasów przywódca (cesarz) już w X stuleciu przydzielał współplemieńcom strefy łupiestwa – praedia, od łacińskiego praedor czyli łupieżca, na grupowy lub indywidualny użytek – to w tym samym czasie, aż do połowy XII stulecia na terenie Polski nic nie świadczyło o pojawieniu się indywidualnych włości. Nie było więc niczego, co by zmuszało do myślenia w kategoriach terytorialnych. Oznaczenia obszarów i ich granic pojawiały się tylko w dokumentach sporządzonych z udziałem bądź na użytek kościoła. Kłopot w tym, że współplemieńcy Piastów, aż do czasu ideowej przemiany, dokumentów tych nie rozumieli, a jeżeli rozumieli, to ich nie honorowali i taki stan utrzymywał się co najmniej do zjazdu w Łęczycy w 1180 roku.
      Miną lata świetlne nim zachowawcze środowiska naukowe wspierając się kultem autorytetów i traktujące przeszłość jako rzecz umowną, będą w stanie skorzystać z dróg prowadzących do wiedzy i poznania. Cieszy więc każdy, nawet najdrobniejszy akt odwagi i nonkonformizmu. Ma rację Urbańczyk i nie bał się tego napisać, że w X-wiecznej Polsce nie ma co szukać organizacji etnicznych wśród stacjonarnej ludności. Nie w pełni jednak zdawał sobie sprawę z tego, czym była slawizacja, jeśli równocześnie zakładał rozsypywanie się i destrukcję plemion, które były sprawcami pogromów.
      Czym innym slawizacja była dla jej sprawców, a czym innym dla jej ofiar. Wspólnym mianownikiem dla jednych i drugich było korzystanie z tego samego, uniwersalnego języka, jako powszechnie zrozumiałego środka komunikacji. Jednak dla zasiedziałej ludności zmiany były nieporównywalnie dalej idące. Dla niej slawizacja połączona była z udręką zniewolenia i niszczenia jej dotychczasowych struktur i tradycji. Zjawisko wykorzenienia i obracania w perzynę wszystkiego, co stworzyli i co ich indywidualizowało, dotknęło tubylczą ludność połowy kontynentu. Dalekie echa tych tragicznych wydarzeń i ich masowy charakter przetrwały w językach romańskich, gdzie łaciński servus czyli niewolnik, w tym samym znaczeniu został zastąpiony synonimem Słowianina (w angielskich także). Z drugiej jednak strony utrzymanie zdolności do przemieszczania mieszkańców, a także do ich gospodarczego wykorzystywania, wymagało od sprawców, kimkolwiek byli, nie tylko utrzymania, ale pogłębienia etnicznej zwartości, wzmocnienia poczucia wspólnoty, zachowania pamięci o innym urodzeniu, a także gotowości do solidarnej obrony stanu posiadania.
      Być może historia nie jest dla ludzi o wrażliwym sumieniu, zwłaszcza, że wcześniej czy później, badaczy czeka trud odszukania wszystkich tych okrutnych etnosów, które obróciły w niwecz ład i porządek przedsłowiańskich społeczeństw, a niekiedy w ferworze zmian, wraz z recepcją słowiańskiego języka, gubiły nawet swoje przedsłowiańskie nazwy. Urbańczykowi coś się kojarzy w związku z Awarami. Postrzega obecność ich charakterystycznych elementów zdobniczych w kulturze materialnej Wielkomorawian, ale nie wyciąga z tego żadnych wniosków. Na ogół uczestniczy raczej w zaciekłym zacieraniu przedsłowiańskich śladów niż w ich ujawnianiu. Całkowicie wyeliminował epizod slawizacji z historii wczesnego średniowiecza. Tak jakby nigdy się nie wydarzył, a nowa rzeczywistość wyłoniła się sama z siebie, czyli bez żadnej przyczyny.
      Nie sposób odnieść się do wszystkich nonsensów, do których naukowcy tak się przyzwyczaili, że z całą powagą prezentują je jako przejawy dawnej rzeczywistości. Zupełnie ich nie peszy brak fundamentalnych podstaw do tego typu literatury. Nie oznacza to, że w całości jest ona bezwartościowa. W wycinkowych rozważaniach Urbańczyk potrafił wykorzystać swoją wiedzę i zdolność logicznego myślenia, a przede wszystkim przekonać, że jest nie tylko myślącym, ale i przytomnym badaczem. W jego książce tyczy się to zwłaszcza analizy tekstu „Dagome iudex”. Potrafił rozważyć wszystkie możliwe interpretacje, logicznie uzasadnić wnioski, które z nich wynikają, nie pomijając wątpliwości, które wobec wąskiego zakresu badań, niestety musiały pozostać. Jest to jednak typ dociekań ograniczony do analizy kropli wody, gdy w pierwszej kolejności trzeba ogarnąć spojrzeniem morski bezmiar. Nawet jednak w tym przypadku, mimo wzorowego omówienia wspomnianego aktu, należy ubolewać, że na pięciuset stronach jego książki zabrakło miejsca dla przeciwstawnego w treści i skutkach Dokumentu Praskiego, którego oddziaływanie było nieporównywalnie większe niż całkowicie zapomnianego na blisko na tysiąc lat dokumentu Mieszka I.
      Przyznam, że książkę czytałem nie z całkowicie czystym sumieniem. Diagnoza aktualnej kondycji naukowego piśmiennictwa nie była moim jedynym celem. W trakcie rozmowy, w której wspomniałem na wstępie, Urbańczyk wykazał się zrozumieniem dla fenomenu słowiańskiego języka. Spontanicznie kojarzył go, z racji jego funkcji – z suahili. Idea była z „Wczesnych Dziejów Polan”, więc zainteresowało mnie, co jeszcze w niewiadomy sposób i nieznanymi drogami przeciekło do jego świadomości. Okazało się, że niemal nic z tego, o czym pisałem oprócz wiedzy o istnieniu stref ziemi niczyjej na pograniczach poszczególnych łupieżczych ugrupowań i faktu samego istnienia ugrupowań, dla których wojna była sposobem na życie. Zrezygnował wprawdzie z różnicowania ludzi z uwagi na ich status majątkowy, klasę wziął w cudzysłów, ale w tym samym celu posługiwał się nie mniej niedookreślonym terminem elit, przeciwstawiając je równie enigmatycznie oznaczonym ludziom o niższym statusie. W rezultacie podstawowe różnice międzyludzkie w jego książce przedstawiają się nie mniej tajemniczo niż tytułowy władca.

Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

Copyright © 2006
Powered by PHP-Fusion © 2003-2006Aero 2 by: Itanium57444 Unikalnych wizyt

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl