Posłowie do książki "Wczesne Dzieje Polan"
Wyszukiwarka
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Download
Linki
Kategorie Newsów
Kontakt
Galeria
Szukaj
lekcja piąta- uzupełniona
Lekcja siódma
lekcja ósma
recenzja
czwarta lekcja
dziesiąta lekcja uzupełniona
Historia w zbliżeniu
Nota krytyczna

Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 1
Najnowszy Użytkownik: jacekbs

Lekcja siódma
Lekcja siódma
Jacek Brunon Siwiński

      Publikacja w 1543 roku w Norymberdze „De revolutionibus orbium coelestium” przeszła bez żadnego, choćby najmniejszego, echa. Wśród ludzi zajmujących się nauką jedynie Tyhon Brahe zainteresował się w kolejnym pokoleniu ogłoszoną teorią, próbując łączyć to co niepołączalne – elementy heliocentrycznej idei Kopernika z dotychczasową, geocentryczną.
      Trudno nawet uznać, że traktat nie został zauważony. Współczesne badania wykazały, że znalazł się na wyposażeniu kilkudziesięciu europejskich pracowni astronomicznych. Dlaczego więc zawarta w nim idea jeszcze przez kolejne trzy pokolenia nie mieściła się w żadnej uczonej głowie? Dlaczego przez ten czas na katolickich i protestanckich uniwersytetach nikt jej nie podjął? Nikt nie próbował ocenić czy teoria, w myśl której to nie Ziemia a słońce znajduje się w centrum planetarnego układu, była zbędna, czy też przeciwnie – jest konieczna w zrozumieniu otaczającego nas świata.
      Kontrast w recepcji idei heliocentrycznej był tym większy, że inne, nie mniej ważkie wyobrażenie i wydawałoby się nie łatwiejsze i nie bardziej oczywiste – Ziemia w kształcie kuli a nie płaskiego kręgu – towarzyszyło filozofom niemal od początku. Rzeczywisty kształt jej określił już Anaksymander, tego samego uczył Pitagoras, Parmenides, Diogenes z Apollonii, Hezjod i wielu, wielu innych. W czasach Arystotelesa matematycy wyolbrzymiali rozmiar ziemskiego globu, a z upływem czasu przeciwnie, obwód Ziemi skurczył im się w obliczeniach do 180 000 stadiów. Był więc za krótki, co w średniowieczu naraziło żeglarzy w próbach jej opłynięcia na ryzyko niepowodzenia a nawet utraty życia. Był to niewątpliwy dowód nadmiaru zaufania prostych ludzi do czystej teorii, gdy idea Kopernika w żaden sposób nie mogła trafić do ludzkiej świadomości.
      Co jeszcze mógł zrobić astronom z Fromborka, by umożliwić innym pogodzenie się z heliocentryczną wizją? Zrezygnować z naukowego żargonu? Poprawić styl i błędy ortograficzne? Przestrzegać zasad interpunkcji? Czy tylko unikać krzywych rysunków, a koła i elipsy zamienić na proste linie?
      Wśród uczonych, do których Kopernik kierował swoje przesłanie, mogli być tacy, którzy nie zrozumieli go w całości ani nawet w części. To, że uczyli innych i posiedli tytuły uprawniające do szacunku i poważania, nie znaczyło, że wyzbyli się instynktu gęsi, które podążają za stadem. Z drugiej strony uniwersytet to nie łąka, na której pasą się tylko barany. „De revolutionibus” musiało trafić do takich, którzy je pojęli, lub mogli pojąć, w szczegółach i wszystkich konsekwencjach. Musiało do nich dotrzeć, że Kopernik godził w uniwersalną wartość obecną w każdej dotychczasowej kulturze, w wyobrażenie Ziemi i naszego na niej miejsca, jako centrum, wokół którego wszystko, nawet słońce, się obraca. Nie mógł więc liczyć na przychylność i zrozumienie. Był niewiarygodny bez względu na argumenty, jakich użył i dowody, które zaprezentował. Ignorując go uczeni dawali przykład i świadectwo, że mogą wierzyć w co chcą i żadna logika im w tym nie przeszkodzi. Usunęli go na całe pokolenia ze swej świadomości, tak jak niegdyś mieszkańcy Efezu wypędzili Hermodora ze swojego miasta (niech nikt nie będzie wśród nas najlepszy). Kopernik mógł wracać w ich snach tylko jako aztecki kapłan, który żywym jeszcze filozofom i astronomom wyrywał serca, a do tego, co zrozumiałe, nikt nie mógł przyłożyć ręki.
      Po 73 latach absolutnej ciszy nawet Kościół wyparł się nauki swojego kanonika. Kopernika spotkał ten los co Arystarcha, który jako pierwszy odgadł istnienie heliocentrycznej struktury, a następnie, na trzysta lat przed Chrystusem, Kleantes oskarżył go wobec pogan o bezbożność. W drugiej dekadzie siedemnastego stulecia traktat „O obrotach ciał niebieskich” trafił do rejestru ksiąg zakazanych Kościoła, mimo że względem chrześcijańskiego kanonu wiary był indyferentny, a jeśli już, to raczej chwalił Stwórcę niż go ganił, a zakaz został uchylony dopiero wtedy, gdy luminarze wiedzy bez wątpienia pogodzili się z rozumem.
      Nazbyt śmiały astronom z Fromborka zgrzeszył przeciw ludziom a nie Bogu. Wzgardził wiedzą, którą zastał i autorytetem ludzi, którzy tę wiedzę reprezentowali. W miejsce urzekających i uroczych wyobrażeń Ziemi jako środka świata, wprowadził niepokojące okrucieństwo prawdy. Dotkliwie nadszarpnął mniemaniem o miejscu i pozycji rodzaju ludzkiego gubiąc go gdzieś we wszechświecie. Te krzywdy, razem wzięte, nie mogły mu być tak po prostu i zwyczajnie darowane. Przekleństwo prowodyra nieszablonowego myślenia dotknęło go więc mocniej niż innych. Oznaczenie jego imieniem uczelni i centrum nauki zawiera w sobie pamięć o kwarantannie i wielopokoleniowym ostracyzmie, co w tym zestawieniu jest zrozumiałą drwiną i, w powszechnym odczuciu, usprawiedliwionym wobec niego szyderstwem. A także okazją do kultywowania wiedzy wtórnej i zachowawczej. Stawianie mu pomników jest ostrzeżeniem dla twórców i badaczy, wezwaniem do posłuszeństwa i przestrzegania miejsca w ordynku. Jeśli ktoś z szeregu się wyłamie, to powinien wiedzieć, że na zrozumienie nie ma co liczyć, chyba że po stuleciu.

Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

Copyright © 2006
Powered by PHP-Fusion © 2003-2006Aero 2 by: Itanium57442 Unikalnych wizyt

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl